Moi ulubieni youtuberzy

Moi ulubieni youtuberzy

Cześć!

Dzisiaj trochę luźniej. Podzielę się z Wami kanałami, na które często zaglądam. Jeśli chodzi o mnie i oglądanie filmików na YouTube to jest różnie. Tak naprawdę średnio co rok zmienia się mój gust i zaczynam oglądać inne rzeczy, ale na teraz ta lista prezentuje się o tak:

* NIEPRZYGOTOWANI: Nowe Pokolenie


Na ten kanał trafiłam całkiem przypadkowo i bardzo przypadł mi do gustu. Można uznać, że jest to taki mini serial o piątce bohaterów w wieku licealnym. Bardzo mi się podoba, że ten "serial" łamie wszelkie stereotypy. Widać, że aktorzy poświęcają wiele swojego czasu na nakręcenie tych filmików i chociaż często są sponsorzy w ich filmikach, to aż tak to nie przeszkadza. Lubię wspierać ludzi z pasją, a oni ją mają i to widać :)


* 7 metrów pod ziemią


Uwielbiam Rafała Gęburę za bycie tak cudownym dziennikarzem! Każdy jego wywiad jest przeprowadzony w bardzo rzetelny sposób. Podoba mi się, że nie skupia się on tylko na sensacjach, ale przeprowadza też wywiady z całkiem normalnym ludźmi, jak ty czy ja. Sama wiele się dowiedziałam dzięki jego filmikom. Bardzo fajny klimat daje też miejsce, w którym nagrywane są wywiady. Zawsze mnie ciekawi dokładnie, w którym garażu odbywają się takie zdjęcia. Wywiady te trwają zazwyczaj do 17-30 minut i przyznam, że lubię je słuchać w formie podcastów. Robię coś innego, a przy okazji słucham, bo tak naprawdę wzrok nie jest mi w tym przypadku do niczego potrzebny.


* Jola Szymańska


Moje pierwsze spotkanie z Jolą odbyło się przez bloga, którego prowadziła o nazwie hipster katoliczka. Wcześniej już pisałam, że w takim domu zostałam wychowana i cały czas w swoim życiu religia odgrywa całkiem ważną rolę, ale filmiki Joli nie tyczą się tylko takich spraw, dlatego nigdy mi się nie nudzą. Na jej kanale można też znaleźć wywiady, trochę lifestyle'u i vlogów. Muszę przyznać, że lubię vlogi Joli ze względu na piękny montaż i zdjęcia.



* 5 MINUT


Ten kanał zyskał w mojej ocenie przez krótkie i regularne filmiki. Zawsze znajdę 5 minut, żeby coś obejrzeć, więc akurat tutaj mam zawsze najmniej zaległości. Zaczęłam oglądać 5 MINUT przez wzgląd na Billie Sparrow, która jest współtworzącą ten program. Bardzo ją lubiłam i oczywiście nadal lubię, ale mam wrażenie, że kosztem tego kanału zaniedbała swój pierwszy, osobisty, który otworzył mi oczy na wiele spraw. Drugą osobą współtworzącą ten kanał jest Hania Es. Jej wcześniej nie znałam, ale całkiem polubiłam. Dziewczyny rozmawiają przez 5 minut na różne tematy te poważniejsze i mniej poważne, ale robią w to bardzo luźny, czasami wręcz komediowy sposób, więc lubię po ciężkim dniu włączyć takie niezobowiązujące filmiki.


* Reżyser Życia


Na takie dobre kanały często trafiam przez przypadek i tak było tam razem. Kliknęłam przez przypadek, ale jednak zostałam na dłużej. Widać, że w tworzenie takiego filmiku trzeba poświęcić wiele pracy, czasu, ale także pieniędzy. Tutaj częstotliwość nie jest bardzo wysoka, ale nie przeszkadza mi to wcale, bo jakościowo te filmiki są genialne. Znajdziemy tutaj filmiki do pośmiania (Z dziennika introwertyka), ale jest też wiele wzruszających pozycji, które dają do myślenia i pozwalają nam dostrzec rzeczy, na które możenie zwracaliśmy takiej uwagi. Zdecydowanie kocham! 



To by było na tyle. Dajcie znać, jakie kanały możecie mi polecić, bo cały czas szukam innych równie ciekawych oraz napiszcie czy znacie i oglądacie te polecone przez mnie :)

Udanego tygodnia!




Jak uratować komuś życie?

Cześć!

Nigdy nie sądziłam, że taki post powstanie na moim blogu. Rzadko kiedy dzielę się moimi przemyśleniami tak otwarcie, ale podczas tego tygodnia miała miejsce sytuacja, która szeroko otworzyła mi oczy i w końcu zebrałam się w sobie, żeby się z kimś tym podzielić.

Szłam sobie jedną z główniejszych ulic mojego miasta, akurat zbliżałam się do przejścia. Miałam zielone, a ze mną szło około dziesięciu innych osób. Chwilę przed wejściem na jezdnię usłyszałam syreny, więc wiedziałam, że gdzieś miał miejsce wypadek. Szybko się rozejrzałam i zauważyłam wjeżdżającą straż pożarną akurat w moją ulicę. Inni ludzie zaczynają szybko przebiegać przez jezdnię, a ja stoję przed przejściem szybko kalkulując w głowie czy biec czy czekać znowu. I wiecie, właśnie wtedy stwierdziłam, że postoję, bo przecież kilka kolejnych minut zbyt wiele nie zmieni w moim życiu. Szłam akurat na spotkanie, najwyżej bym się spóźniła, ale co z tego? Przecież to tylko chwilka... Cała sytuacja wydaje się być całkiem niepozorna, ale mi bardzo otworzyła oczy. Kiedy tak stałam, miałam czas, żeby obserwować reakcję ludzi. Najbardziej przeraziło mnie to, że kierowcy nie potrafią zrobić korytarza życia. Może to nie była autostrada, ale i tak początek ich reakcji zaczął się zdecydowanie zbyt późno. Zauważyłam, że wiele osób zawsze kiedy tylko usłyszy zbliżający się samochód na sygnale, ma nadzieję, że nie skręci on w jego ulicę i generalnie zajmuje się błahymi rzeczami zamiast tak naprawdę reagować. Może mówię tak tylko dlatego, że nie jestem kierowcą i nie byłam w podobnej sytuacji. Szczerze mówiąc, ciężko jest mi to stwierdzić, bo nie umiem sobie wyobrazić siebie w takiej sytuacji, tym bardziej, że ciężko mi wyobrazić siebie samą za kółkiem auta. Jednak wracając do całej sytuacji, najbardziej przeraziło mnie to, że niektóre auta próbowały zyskać na tym, że jedzie straż i zamiast zjechać do boku, nadal jechały środkiem. Czy coś dzięki temu zyskały? Może stały w korku mniejszym o 5 innych samochodów? Czy było to warte takiego zachodu? Myślę, że nie...

Cała ta sytuacja wzbudziła we mnie refleksję i w efekcie przypomniałam sobie sytuację z kursu pierwszej pomocy, który odbywałam w grudniu. Podczas zajęć praktycznych wykonywaliśmy RKO i szkoleniowiec powiedział, że średni czas dojazdu służb od chwili zakończenia połączenia i wysłania auta to 8 minut. Ja opadałam z sił już po dwóch minutach. To straszne, że gdybym była świadkiem wypadku i musiałabym ratować kogoś właśnie poprzez RKO, to szybko opadłabym z sił. Podobno w takich sytuacjach przeżywa co czwarta osoba, a co robimy my, jako inni ludzie? Tarasujemy drogę służbom, a kto wie może w efekcie pozbawiamy kogoś życia... Może to za mocne stwierdzenie, ale właśnie to czułam będąc w tej sytuacji. Pomyślałam o wypadku, o tym, że może ktoś opada już z siły, może się wykrwawia, a ja nie mogę poczekać tych kilku dodatkowych minut?

Wiecie, jest wiele sposobów, żeby uratować komuś życie. Możemy dołączyć do DKMS'u, możemy oddać krew, ale myślę, że chyba warto też zacząć współpracować z otaczającym nas światem. Słyszę karetkę? Nie wchodzę jej w drogę. Widzę wypadek? Pomagam. Na pewno to znacznie trudniejsza sytuacja i prawdą jest, że nikt nie wie, jak się zachowamy w takich niecodziennych wydarzeniach, ale ja po tylu już latach życia zdałam sobie sprawę, że ważne jest uświadamianie sobie tego i ciągła nauka. Im więcej kursów z pierwszej pomocy przejdziemy, tym większa szansa, że w chwili realnego zagrożenia zachowamy się odpowiednio. Ja mam w portfelu kartę z moimi danymi w razie wypadku, a na odwrocie jest instrukcja co zrobić, gdy zdarzy się wypadek. Myślę, że to całkiem dobre rozwiązanie.

Przepraszam jeśli ten post nie trzyma się całości, ale chciałam wylać to, co leżało mi na serduszku.

Dobrego tygodnia!
Haul #1

Haul #1

Cześć!

Jak bardzo się cieszę, że już jest wiosna! Chociaż tylko astronomiczna i kalendarzowa, ale i tak od razu mam lepszy humor :) Niestety, w Szczecinie aż tak ciepło nie jest, ale powoli się do tego przyzwyczajam, że tutaj jest zawsze inna pogoda niż w całej Polsce ;) Dzisiaj chcę się z Wami podzielić różnymi rzeczami, które zakupiłam w niedawnym czasie. Zdradzę, że z wszystkich jestem zadowolona ;)


1. Pomadka firmy Miss Sporty Satin to Last 110 Muted Mocha




Uwielbiam wszystkie pomadki! Mogłabym kupować je tonami! Potem z nich nie korzystam, ale to raczej drobny szczegół ;) Ogólnie jestem zadowolona z tego zakupu. Zawsze zależy mi na tym, aby kolor był wyrazisty, żebym miała jakiś akcent na swojej twarzy. Jedyny minus to nie zbyt długa trwałość, ale akurat mi to nie przeszkadza, bo zawsze pod ręką mam małe lusterko i mogę poprawić co tylko trzeba :)



2. Tusz do rzęs firmy Wibo Burlesque




Zdecydowałam się na zakup tego tuszu tylko dlatego, że oglądałam niedawno film "Burleska" i bardzo mi się spodobał. Popatrzyłam na nazwę i stwierdziłam, że czemu nie ;) Nie chcę się za bardzo wypowiadać na temat szczoteczki, bo nie jestem specjalistką, ale na moje używanie ten tusz jest naprawdę dobry. Nie skleja mi rzęs, nie mam problemów z malowaniem, a zazwyczaj bardzo płaczę, bo mam bardzo wrażliwe oczy ;) Na moje warunki jest idealny :)



3. Krem do rąk firmy Creightons 




Tym razem zdecydowałam się na zapach malina-granat. Uwielbiam kremy do rąk za zapachy! Zawsze staram się wybrać taki, który ma piękny zapach, bo wtedy częściej pamiętam o pielęgnacji moich dłoni. Ostatnio używałam kremu z tej samej firmy o zapachu mango i też był wspaniały. Dla mnie ważne jest też, aby krem szybko się wchłaniał. Tak jest w tym przypadku, więc jestem bardzo zadowolona :)


4. Krem do rąk firmy Cien FOOD FOR SKIN




Ten krem również jest super! Bardzo szybko się wchłania, a zapach zielonej herbaty jest przepiękny i bardzo miły dla nosa :) Korzystam z niego głównie w domu ze względu na specyficzne zamknięcie. Wcześniej się z takim nie spotkałam, ale w sumie jest okej. Ten krem też bardzo szybko się wchłania, więc po chwili mogę wrócić do przerwanej czynności :)

5. Spódnica z Reserved




Uwielbiam chodzić na zakupy, a jeszcze bardziej lubię korzystać z promocji. Tą spódnicą dorwałam za 40zł i od razu wiedziałam, że muszę ją mieć! Ostatnimi czasy jestem zakochana w spódnicach, sukienkach i właśnie w mojej szafie jest ich zdecydowanie za mało. W szczególności takich, które nadają się do ubrania jesienią, zimą czy wczesną wiosną. Ten zakup to był strzał w dziesiątkę! Co prawda spódnica jest długa i nie każdy może czuć się w niej dobrze, ale mi nie sprawia to żadnego problemu. Jestem z niej bardzo zadowolona, tym bardziej, że będę ją mogła ubrać nawet latem. Nie jest gruba, a jej kolor jest bardzo uniwersalny.

6. T-shirt z Sinsay




Potrzebowałam na szybko koszulki na imprezę! I takim oto sposobem mam tą śliczną czarną bluzkę w kwiatki. Ogólnie uwielbiam wszystko z motywem kwiatów, ale w tej rzeczy najbardziej urzekła mnie falbanka na dole. Co więcej, zapłaciłam za tą bluzkę tylko 5zł, więc nawet jeśli posłuży mi tylko ten sezon, to nie będzie mi szkoda. Zresztą koszulka ta wydaje się być uniwersalna i wiem, że będę w niej chodzić nie tylko na imprezy, ale gdy tylko zrobi się cieplej to od razu w nią wskoczę ;)

7. Okulary




Mam nowe okulary! Musiałam kupić drugą parę, bo potrzebuję okularów o mocniejszej mocy do większych pomieszczeń takich jak kino, teatr czy nawet uczelnia. Są całkowicie inne od tych, w których chodzę na co dzień, ale bardzo mi się podobają.

To by było na tyle. Dajcie znać, co wy ostatnio kupiliście :)

Miłego dnia! 

Kupuję, nie marnuję



Cześć!

W ostatnim tygodniu podzieliłam się z Wami moimi przepisami, bo właśnie tak minął mi zeszły tydzień - na gotowaniu. Natomiast dzisiaj chciałabym zając się bardziej poważnym tematem, jakim jest marnowanie jedzenia. Od dłuższego czasu zbierałam się w sobie, żeby w końcu podzielić się ze światem moją opinią w tym temacie, ale brakowało mi bodźca, który pchnął by mnie w tym kierunku. Natomiast ostatnio był strajk rolników w Warszawie i właśnie to, co tam się działo sprawiło, że chcę napisać ten post. Nie przedłużając, zapraszam do czytania :)

Zauważyłam, że ostatnio jest większa moda na zero waste. Nie tyczy się ona tylko słomek, torebek foliowych czy plastikowych butelek, ale są osoby, które rozszerzają ten nurt i dołączają do tego niemarnowanie jedzenia. Jak dla mnie jest to genialna sprawa. Zostałam wychowana w katolickim domu i zawsze towarzyszyło nam przekonanie, że jedzenia nie wolno marnować. Moja mama, niczym czarodziejka, potrafiła zrobić coś z niczego i wykorzystać w tym pozostałości na przykład wcześniej ugotowane ziemniaki do obiadu. Cieszę się, że już od dziecka towarzyszyła mi taka nauka, że jedzenia nie powinniśmy marnować, bo przecież fakt, że ja mam, nie znaczy, że każdy tak ma.



Jak byłam mała zawsze "działał" na mnie obraz dzieci z Afryki, bo to właśnie tam odsetek osób głodnych jest największy. Myślałam o tych dzieciach i zawsze starałam się jeść wszystko, co dostałam, mimo, że wielu rzeczy nie lubię (na przykład marchewka z groszkiem, to mój koszmar po dzień dzisiejszy ;) ). Teraz już jestem starsza i dostrzegam, że problem głodu albo dostarczania niewystarczającej liczby posiłków w ciągu dnia, jest obecny nawet w moim otoczeniu. Czasami byłam wolontariuszką w wydawaniu posiłków dla osób bezdomnych i to, tak naprawdę otworzyło mi oczy na cały ten problem. Nie potrafimy dostrzegać takich małych radości, jakie posiadamy w naszym życiu.

Teraz chciałabym Wam powiedzieć o akcji, o której może słyszeliście. Ostatnio, będąc w Lidlu zobaczyłam produkty oznaczone naklejkami "Kupuję, nie marnuję". Cała akcja polega na zniżkach na produkty spożywcze, którym kończy się już data ważności. Uważam, że to bardzo dobry pomysł! Wiem, że celem producentów było zminimalizowanie strat, jakie przez to ponosili, ale mimo wszystko to mi nie przeszkadza. Zapewne marka chce w ten sposób zdobyć lepsze imię i oczywiście rozumiem to, ale kiedy robi to w sposób dobry, to nie mogę się do tego przyczepić. Sama też zaczęłam kupować różne produkty właśnie z akcji "Kupuję, nie marnuję", oczywiście nic na siłę. Skoro wiem, że czegoś nie zużyje to nie kupuję, ale czasami dobrze jest mieć przyprawy w doniczkach i doprawić dania produktami "prosto z krzaka". Smak dań jest wtedy diametralnie inny!



Chciałabym, żeby było organizowanych więcej inicjatyw w takim stylu. Niestety, tyle dobrego nie można powiedzieć o strajku rolników. Powiem szczerze, że byłam zszokowana, że zdecydowali się na taki protest. Rozumiem, że chcą walczyć, ale widok zdjęcia rozsypanych jabłek i starszą panią, która je zbiera bardzo wpłynął na moje serce. Nie jestem z Warszawy, więc nie widziałam całej sytuacji na własne oczy, ale z tego co czytałam i widziałam na różnych zdjęciach, bardzo mnie przeraziło. Pamiętam, że kiedy byłam w liceum to dostawaliśmy za darmo jabłka, bo popsuły się kontakty Rosja - Polska i jabłka nie zostały sprzedane w Rosji i musiały zostać w kraju. Wtedy były nadwyżki tych produktów, a jakoś nikt nie zdecydował się na takie kroki. Nikt nie chciał być łączony z takim zachowaniem. I właśnie właściwym rozwiązaniem było rozdanie tych jabłek wśród uczniów szkół. Natomiast po tym strajku pozostał niesmak. Mam nadzieję, że z czasem tamci ludzie zrozumieją, że ich zachowanie było nieodpowiedzialne.

Chciałabym zakończyć pozytywnie ten wpis, ale czasami po prostu się nie da. Dzisiaj tak krótko, ale ciężko mi zebrać myśli. Dajcie znać, co Wy sądzicie o całej tej sytuacji.

Miłego dnia!
Placki z kukurydzą + sernik!

Placki z kukurydzą + sernik!

Cześć!

Dzisiaj na moim blogu będzie kulinarnie. Wczoraj był Dzień Kobiet, a ja świętowałam w kuchni. Powoli przekonuję się do gotowania i dzisiaj chciałam podzielić się z Wami moimi krótkimi przepisami na smakołyki, które wczoraj gościły w mojej kuchni :) A korzystając z okazji życzę wszystkim wspaniałym babeczkom, które czytają tego bloga samych wspaniałości z okazji naszego dnia! Dużo uśmiechu na twarzy i dostrzegania pozytywów nawet w najmniejszych chwilach naszego, czasami wręcz szarego ;), życia!!



PLACKI Z KUKURYDZY

SKŁADNIKI:
* 1 puszka kukurydzy
* 10 dag sera żółtego
*  2 jajka
* 3 łyżki mąki
* 3 łyżki mleka

PRZYGOTOWANIE:
Ser żółty trzemy na tarce na dużych oczkach. Następnie dodajemy pozostałe składniki i wszystko razem mieszamy do uzyskania jednolitej masy. Jeśli ciasto będzie za gęste dodajemy troszkę mleka, a jeśli za rzadkie to dodajemy trochę mąki. Niestety, w tym trzeba mieć wyczucie "na oko" ;) Następnie na rozgrzany olej nakładamy małe porcje ciasta i smażymy do uzyskania złocistego koloru. Można podawać z różnymi sałatkami :)

Zapewne te placki nie przypadną każdemu do gustu, ale przyznaje, że osobiście je uwielbiam i zawsze staram się jeść je w piątki, kiedy mam już dosyć pierogów ;) Ze sprawdzonych sałatek do tych placków sprawdzi się zwykła marchewka starta na cienkich oczkach z dodatkiem cytryny, Polecam!




SERNIK WIEDEŃSKI

SKŁADNIKI: 
* 1 kg sera (twarogu (ja zazwyczaj kupuję firmy Piątnica, jest on już gotowy i nie trzeba się bawić w mielenie i odciskanie :) ))
* 6 jaj
* cukier wanilinowy
* 30 dag cukru pudru (można więcej w zależności od smaku :) )
* 10 dag masła
* 2 łyżki kaszy manny
* szczypta soli

PRZYGOTOWANIE:
Na samym początku ucieramy cukier puder z żółtkami. Następnie dodajemy ser, cukier wanilinowy, masło, sól i kaszę manną. W między czasie ubijamy pianę z białek, którą dodajemy do masy na sam koniec miksowania. Wszystko dokładnie miksujemy. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika (180 stopni) i pieczemy 50-60 minut. Od razu po upieczeniu polecam posypać ciasto gorzką czekoladą i posiekanymi orzechami włoskimi.

U mnie w domu to ciasto towarzyszy każdemu przyjęciu. Rozpływa się w ustach i niejednokrotnie używałam go jako tort na urodzinach! :)

Udanej niedzieli!

Jak nauczyć się języka?

Jak nauczyć się języka?



Cześć!

Dzisiaj u mnie za oknem, nie jest aż tak słonecznie, jakbym chciała, a jutro wracam na uczelnię po prawie trzytygodniowej przerwie, więc czuję, że będzie ciężko. Dlatego, żeby przygotować się do całej sytuacji nawet w minimalnym stopniu postanowiłam, że dzisiaj na blogu znowu będzie temat związany z edukacją, a właściwie ze sposobami do nauki języków, które znam. Wiele moich znajomych pyta się mnie jak ja to robię, że biegle mówię po angielsku i komunikatywnie po hiszpańsku, więc pomyślałam, że taki post może być dla kogoś wartościowy :) Już teraz chciałabym zaznaczyć, że wszystkie opinie będą bardzo subiektywne :)



1. Szkoła
Wiem, że wiele osób narzeka na polskie szkolnictwo i sposób w jaki prowadzone są zajęcia. To prawda, wiele mogłoby się zmienić, ale ja jestem naprawdę zadowolona, bo bardzo wiele właśnie ze szkoły wyniosłam. Może to kwestia dobrych nauczycieli? A może po prostu mam talent do języków, nie wiem, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że szkoła dała mi bazę, aby co raz bardziej poszerzać moją wiedzę. Tak naprawdę po 6 latach nauki języka w samej szkole miałam poziom A2/B1, więc wydaje mi się, że efekt został, jak najbardziej zamierzony. Oczywiście było w tym też wiele mojej pracy, ale mnie każdy kolejny sprawdzian czy kartkówka motywowały do cięższej pracy. Wracałam do domu i uczyłam się słówek, spędzałam wiele czasu nad tym, ale efekty były. Jedyne czego szkoła mnie nie nauczyła, przynajmniej na początku mojej drogi, to było mówienie. Skupialiśmy się na gramatyce, słówkach, czy nauce piosenek na pamięć (przez 3 lata uczyłam się też niemieckiego, obecnie umiem tylko powiedzieć zdania z piosenek, więc chyba jednak nie było to takie bez sensu ;) ), ale nie mówiliśmy i dla mnie introwertyczki długo było to barierą nie do przekroczenia.



2.Kursy językowe
Jeśli chodzi o mówienie, to bardzo otworzyłam się na kursach językowych. Grupy tam były znacznie mniejsze, a co ważne lektorzy mogli pozwolić sobie na dyskusje, bo nie mieliśmy tam podstawy programowej, która musiałaby zostać zrealizowana. To wszystko dało wielką wolność, a ja powoli na nowo zakochiwałam się w angielskim. Byłam na razie w trzech szkołach językowych i najlepiej wspominam panią Sabinę, z którą zajęcia miałam przez 3 lata. Spędzałam trzy godziny mojego życia, z małą, pięciominutową przerwą na angielskim, ale widziałam efekty. Zaczęłam lepiej pisać, bo Sabina zawsze miała czas, żeby przedyskutować ze mną to, co jest słabe, a co mocne. Jeśli nie czułam się w czymś dobra, zawsze mogłam liczyć na więcej zadań z danego zakresu i co najważniejsze zaczęłam mówić! Naprawdę! Teraz już nie mam z tym większych problemów, ale na początku złożenie zwykłego zdania było dla mnie wyczynem. Pół roku chodziłam też na konwersacje z hiszpańskiego i też jestem z nich bardzo zadowolona, bo powoli zaczęłam mówić po hiszpańsku. Dlatego polecam wszystkim kursy językowe albo zajęcia indywidualne, bo wtedy naprawdę wiele można zdziałać :)



3.Aplikacje
Całkiem popularną metodą stały się różne aplikacje na telefon. Ja korzystałam trochę z Duolingo. Miałam tam angielski, hiszpański i chciałam zacząć uczyć się norweskiego, jednak dla mnie takie aplikacje nie sprawdzają się. Z zasady ta nauka ma trwać 5 minut dziennie, ale ja nie czułam żadnej różnicy. Nowego języka nie byłam w stanie przyswoić i prócz niektórych słówek jak szczęśliwy, dzień dobry czy siostra, nie pamiętam nic. Zastanawiam się, czy nie zrobić kolejnej próby na naukę norweskiego z aplikacją, ale jeszcze się waham. Z jednej strony wiem, że mi nie wychodziło to bardzo dobrze, ale z drugiej strony możliwe, że za szybko się poddałam. Zawsze jak coś mi nie wychodzi to bardzo szybko się zrażam, dlatego może marzec będzie przełomowy i zacznę jeszcze raz :)


4.Rozmowa
Zawsze się mówi, że ćwiczenie języka najlepsze jest przez mówienie, jednak wydaje się, że ciężko znaleźć osobę, z którą można by porozmawiać. Miałam kiedyś konto na interpals.net i pisałam tam z ludźmi z różnych krajów, a potem nie szukałam ludzi z daleka, tylko zaczęłam ćwiczyć ze znajomymi czy siostrą. Czasami rozmawiałam z nimi po angielsku i naprawdę do genialne doświadczenie! Nie stresowałam się, bo były to osoby mi bliskie, a jednak cały czas ćwiczyłam, więc jeśli chcecie się rozgadać to ten sposób jest naprawdę w porządku :) Wystarczy tylko ktoś znajomy i na następnej kawie ćwiczymy języki :)



5.Książki
Każdy mi mówił, że czytanie bardzo dużo zmieni w moim języku, ale na mnie to totalnie nie działa. Mogę przeczytać jakiś artykuł i mniej więcej będę wiedziała o czym jest, przeczytam i zrozumiem różne obrazki, które pojawiają się w internecie, ale to tyle. Czytałam Harrego Pottera w oryginale i było mi łatwo tylko ze względu na fakt, że znałam tą historię już wcześniej. Inne książki były skazane na niepowodzenie. Denerwuje mnie fakt, że nie znam wszystkich słów, że muszę sprawdzać w słowniku i czasami nadal nie wiem, co autor miał na myśli. Kiedyś namiętnie czytałam fanfiction i jedna ze znajomych poleciła mi ich czytanie po angielsku, jednak w moim przypadku to się nie sprawdza. Jestem słaba jeśli chodzi o czytanie w innym języku i nawet podczas robienia certyfikatu z angielskiego czytanie strasznie zaniżyło moją ocenę, ale mówi się trudno. Może z czasem jakoś się do tego przekonam, ale na razie jest ciężko.



6.Filmy
Z kolei jeśli chodzi o filmy, seriale czy youtube nie mam problemu i uważam, że to naprawdę dobra metoda. Można to wszystko robić w taki różny sposób. Oglądać tylko w oryginale, z napisami angielskimi, polskimi. Tutaj wszystko zależy od nas samych. Ja zazwyczaj oglądam albo z polskimi napisami albo wcale. Słyszałam, że właśnie oglądanie angielskich seriali z angielskimi napisami nie jest aż takie dobre, bo jednak skupiamy się bardziej na wzroku i zgadzam się z tym, ale z drugiej strony chyba warto robić tak, jeśli nie jest się do końca przekonanym o swoich zdolnościach i próbować, bo to jest najważniejsze :)

To chyba tyle. Wiem, że nie jest to nic odkrywczego, ale liczę, że komuś tym wpisem pomogłam :) Dajcie znać w komentarzach jak to u Was było z nauką języka i czy możecie polecić jakiś inny sposób :)

Ściskam!

"We dwoje" Nicholas Sparks

"We dwoje" Nicholas Sparks



Cześć!

Jak zapewne zdążyliście zauważyć, mój blog to mieszanka wszystkiego ;) Nie chcę się tutaj ograniczać tylko do jednej tematyki, bo wiem, że strasznie bym się w takim miejscu dusiła. Przez 2 lata swojego życia prowadziłam bloga książkowego i te lata były naprawdę wspaniałe, ale po pewnym czasie zaczęłam traktować czytanie, jak pracę. Liczyła się dla mnie ilość, każda kolejna nowość i w końcu przestałam wyrabiać się ze zwykłym życiem i wyszło, że pisanie rzuciłam. Teraz powoli chcę do tego wrócić i właśnie bardzo ważne jest dla mnie, żeby nie mieć tutaj ograniczeń. Pisać cokolwiek chcę, na jakikolwiek temat. Właśnie dzisiaj chciałabym Wam polecić książkę, która totalnie mnie zauroczyła i myślę, że po prostu jest ważna i bardzo wartościowa.

"32-letni Russell Green ma wszystko: wspaniałą żonę, uroczą 6-letnią córkę, prestiżową posadę dyrektora reklamy w dużej firmie oraz wygodny dom w Charlotte. Jego życie przypomina piękny sen, a szczęście skupia się wokół jego miłości, Vivian. Ale na lśniącej powierzchni idealnej bańki mydlanej zaczynają pojawiać się rysy… Ku rozpaczy i zaskoczeniu Russa, jego życie niespodziewanie wywraca się do góry nogami. W ciągu kilku miesięcy traci żonę i pracę. Musi zająć się córką i zaadaptować się do nowej rzeczywistości. Przyjdzie mu zmierzyć się z nieznanym, pokonać własne słabości, sięgnąć po umiejętności, z których nigdy nie korzystał. Czeka go wielki emocjonalny test, ale też… niespodziewana nagroda." (opis ze strony lubimyczytac.pl)



Pierwsze co urzekło mnie w tej książce był sposób jej napisania. Każdy z rozdziałów zaczyna się od retrospekcji narratora, którym jest sam Russell Green, do różnych ważnych wydarzeń w jego życiu z jego oceną i osądem z czasów teraźniejszych. Jak zaczęłam czytać tą powieść byłam tym bardzo zaskoczona, ale w pozytywny sposób. Podobał mi się sposób w jaki Nicholas Sparks łączył te historie razem z teraźniejszością i chociaż na początku lektura tej książki trwała trochę dłużej (tak było w moim przypadku, bo lubię sobie wszystko posegregować powoli u siebie w głowie), to z każdym kolejnym rozdziałem odkrywałam, że te retrospekcje są wstawiane po coś. Są ważne i odgrywają znaczącą rolę w fabule z czego się bardzo cieszę,bo po przeczytaniu wielu książek Sparksa nie sądziłam, że jest jeszcze coś, co mnie zaskoczy.

Jednak rzecz, która totalnie rozwaliła mnie na łopatki i moje największe szczęście z przeczytania tej książki, jest jej tematyka. Ta powieść otworzyła mi oczy. Pokazała mi, jaki jest świat. Mam wrażenie, że autor starał się nie koloryzować (i chociaż są wątki, które mógł troszkę zmienić, ale o tym będzie więcej później ;) ) i przez to ta książka zyskała ogromne rzesze fanów, w tym mnie. Urzekło mnie, w jaki sposób zostało pokazane ojcostwo z perspektywy ojca. Nasz bohater, na samym początku historii pracuje w jednej z firm reklamowych, całkiem dobrze zarabia, a wieczory spędza z córką, oczywiście jeśli uda mu się wrócić zanim mała London zaśnie. Pewne sytuacje zmuszają go ostatecznie, do rzucenia dotychczasowej posady i rozpoczęcia własnego biznesu. Jego żona wraca do pracy, a on można powiedzieć, że z dnia na dzień staje się pełnoetatowym tatą. Odnalezienie się w takiej roli nie jest łatwe i właśnie to, zostało tak genialnie opisane. Russ nie jest człowiekiem bezbłędnym. Jego próba wychowania córki to raczej pasma i pozytywów i negatywów, a cała historia dzięki temu nabiera odzwierciedlenia w normalnym życiu, bo przecież na pewno nie jeden rodzic zmaga się z humorkami dziećmi. Jakby tego było mało, na jego głowę spada rozwód.

Urzekł mnie sam Russ, bo jest on przedstawiony jako romantyk. Sam bohater nawet siebie tak określa i właśnie jego romantyczna dusza nakazuje mu walczyć o swoją miłość i swój związek. Bardzo podobało mi się to, że bohater mimo wszystko chciał dać swojej żonie drugą szansę, nie chciał, aby tyle lat ich wspólnego życia, które jego zdaniem było dobre, odeszło w zapomnienie. Ten mężczyzna nie boi się pokazywać swoich uczuć. Podczas tego czasu było mu cholernie przykro, smutno, chodził wściekły, ale w codzienności nie zapominał o swojej córce. Poza tym, ta powieść porusza tematy przyjaźni, śmierci czy związków jednopłciowych. Mi przeczytanie tej książki zajęło sporo czasu, ale z drugiej strony, miałam wrażenie, że te wszystkie historie z życia Russ'a zmieniają również mnie. Czułam się, jakby mój umysł się otwierał i przyswajał co raz to nowsze informacje. Naprawdę, dawno żadna książka mnie aż tak nie zachwyciła. 



Poza tym, na wspomnienie zasługuje również okładka, która z początku wydaje się być niepozorna, może nawet nierzucająca się w oczy, a ona genialnie oddaje całą powieść. Tak naprawdę jest to zdjęcie sytuacji, w której ojciec ze swoją córką tańczy. Cała ta historia jest opowiedziana i gdy tylko doszłam do tego fragmentu, to od razu się uśmiechnęłam, bo w końcu ta okładka nabrała dla mnie sensu i ją zrozumiałam. Niby nic wielkiego, a mnie jednak cieszy ;)

Powyżej napisałam, że są wątki, które bym zmieniła. I tutaj mogą zacząć się większe spoilery, więc jeśli nie chcesz tego czytać, to proszę przejdź do następnego akapitu :) Tak naprawdę jedyne, co bardzo rzucało mi się w oczy była Vivian. Dla mnie była straszną bohaterką, z jednej strony kochająca matka, ale często nie liczyła się ze zdaniem córki (mała musiała chodzić na zajęcia taneczne, których nie lubiła, bo mama za młodu tańczyła :/ ) i właśnie to jej zachowanie też jest bardzo prawdziwe. Często dzieci muszą spełniać marzenia rodziców i robią to bardzo nieświadomie, ale jednak. Sama Vivian działała mi na nerwy od początku powieści, widać, że nie umiała żyć w normalnym świecie i najważniejsze były dla niej pieniądze. Jednak związek z szefem, to w sumie jedyna rzecz, którą bym zmieniła w tej powieści. Facet był obrzydliwie bogaty i wiadomo zdarzają się takie historie, ale nie są one aż tak popularne w normalnym świecie. Jest to w sumie jedyna rzecz, do której mogłabym się przyczepić.

Moja ogólna opinia jest bardzo pozytywna, dlatego zachęcam Was wszystkich do przeczytania tej książki. Jest tutaj wiele prawdy, wartościowych przesłań, bohaterów nie ma zbyt wielu, ale za to są wykreowani w bardzo dobry, rzetelny sposób. Naprawdę! Z całego serduszka polecam!

Dajcie znać, czy ta książka już jest za Wami, a może uwielbiacie inne książki Nicholasa Sparksa? Ja przyznaję, że jestem jego wierną fanką i jestem w trakcie nadrabiania jego powieści i zostało mi chyba mniej niż połowa ;)

Samych wspaniałości w nadchodzącym tygodniu!






Copyright © 2014 Chwila radości , Blogger